Wrocław. Pani Halina pięć miesięcy żyła na klatce. Teraz zaczyna nowe życie
O historii pani Haliny z Wrocławia zrobiło się głośno za sprawą interwencji Ekostraży. — Dostaliśmy wezwanie z informacją, że na klatce jest kobieta, która tam nocuje i ma kota. Usłyszeliśmy, że jest niewspółpracująca, nie daje się zbliżyć do siebie i nie reaguje na propozycje pomocy — opowiada nam pani Kasia, jedna z wolontariuszek podejmujących wtedy interwencję. — Gdy przyjechaliśmy na miejsce, zastaliśmy trzeźwą, czystą kobietę siedzącą na krześle, obok krzesła był wózek i dwie torby — relacjonuje.
Wrocław. Ponad pięć miesięcy koczowała z kotem na klatce schodowej. Wszystko odmieniła interwencja Ekostraży
Gdy wolontariuszki zabrały kota do auta, pani Halina miała zareagować paniką. — Zaczęła płakać, pytała, co stanie się z tym kotem — wspomina pani Kasia. Gdy zaczęły rozmawiać z panią Haliną, usłyszały dramatyczną relację na temat tego, jak znalazła się w tym miejscu.
Jej historia obiegła media społecznościowe, wywołując lawinę zdarzeń. Pani Halina otrzymała propozycję pracy, a fundacja posła Łukasza Litewki zainicjowała zbiórkę na mieszkanie dla niej. Jednocześnie w sieci wylał się hejt na rodzinę zmarłego partnera pani Haliny, która — według relacji kobiety — miała pozbawić ją dachu nad głową. Bliscy pana Stanisława, których zabolały te słowa, zdecydowali się zabrać głos i skontaktowali się z nami.
— Nikt jej z mieszkania nie wyrzucił. Sama zniknęła, kiedy Stasiek był w szpitalu — mówi “Faktowi” jeden z członków rodziny mężczyzny, prosząc o zachowanie anonimowości. Jak tłumaczy, na jego rodzinę spadło już wystarczająco dużo hejtu.
Reporterzy “Faktu” postanowili zweryfikować także różne doniesienia na temat pani Haliny, które zaczęły pojawiać się w przestrzeni medialnej. Udało nam się porozmawiać z kilkorgiem dawnych sąsiadów pani Haliny i jej partnera.
Dostawaliśmy informacje o wcześniejszym życiu pani Haliny, debatowaliśmy na ten temat, ale uważamy, że każdy zasługuje na szansę na to, żeby jego życie uległo zmianie. Właśnie to jest taki przykład, że zawsze można, jak się chce
— mówi “Faktowi” pani Kasia, wolontariuszka Ekostraży.
Nasi rozmówcy podkreślają, że nie chcą w żaden sposób zniechęcać do pomocy ani odbierać pani Halinie drugiej szansy, jaką otrzymała od losu. — Nie chodzi o to, żeby nie pomagać, bo trzeba pomagać, ale chcielibyśmy, żeby powiedziała, jak było naprawdę — mówią nam dawni sąsiedzi pani Haliny. — Chodzi o świadomość i żeby z tym nowym mieszkaniem historia się nie powtórzyła — tłumaczą.
Materiał z interwencji Ekostraży wywołał bowiem w sieci ogromne poruszenie. Pani Halina otrzymała propozycję pracy, a fundacja posła Łukasza Litewki zainicjowała zrzutkę na mieszkanie dla niej. — Ja bym się nawet do tej zbiórki dorzucił, ale żeby powiedziała prawdę — mówi nam krewny pana Stanisława. Nie ukrywa sceptycyzmu, ale przyznaje, że chciałby zobaczyć, że pani Halina się zmieniła.
Ja znam panią Halinę od 27 grudnia i jak dotąd nie mam do niej żadnych zastrzeżeń
— mówi nam pani Kasia, wolontariuszka Ekostraży.
Historia pani Haliny wywołała w sieci poruszenie. Pojawiły się też różne doniesienia. Reporterzy “Faktu” postanowili je sprawdzić
Pani Halina i pan Stanisław żyli razem przez 19 lat. Zajmowali lokal komunalny w jednym z bloków w centrum Wrocławia. — To było trudne sąsiedztwo — mówią nam mieszkańcy bloku. Problemy nie zaczęły się od razu, ale mniej więcej dwa lata po tym, jak z wdowcem zamieszkała nowa partnerka. Sąsiedzi wspominają, że z biegiem czasu zaczęły się hałasy, alkohol, sprowadzanie bezdomnych i interwencje policji. Kilka razy miało też dojść w ich mieszkaniu do pożaru. — W pewnym momencie zaczęliśmy się po prostu bać o swoje bezpieczeństwo — mówi nam jedna z dawnych sąsiadek.
Inna z mieszkanek bloku wspomina wydobywający z lokalu przykry zapach. — Wchodząc na klatkę, trzeba było wziąć głęboki wdech, bo następny to dopiero w mieszkaniu — opisuje reporterom “Faktu” kobieta. — Ale najgorzej było latem. Kiedy oni otwierali okna, my musieliśmy je zamykać — dodaje.
Sąsiedzi pokazują nam zdjęcia, na których widać poskładane na wąskim korytarzu worki ze śmieciami i połamane meble, piętrzące się na balkonie reklamówki i opakowania po żywności oraz spacerujące po ścianach robactwo. — W pewnym momencie zaczęły przechodzić pod drzwiami do naszych mieszkań. Kilka razy była robiona dezynsekcja — mówi jedna z naszych rozmówczyń.
Jak opisują, w pewnym momencie zaczęło to wyglądać jak zbieractwo — poważne zaburzenie, polegające na przymusowym gromadzeniu rzeczy i problemach w ich pozbywaniu się. Prawdziwa skala problemu miała wyjść na jaw jednak dopiero po śmierci pana Stanisława.
— Mieszkanie przez dwa dni stało otworem — mówi nam krewny pana Stanisława. Lokal przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. — Firma, która tu sprzątała, wywiozła trzy pełne busy śmieci. Sam im pomagałem to wynosić — wspomina, nie kryjąc emocji.
“Nasi pracownicy po śmierci p. Stanisława zastali niezamieszkany przez nikogo lokal, który należało pilnie posprzątać, gdyż zgromadzono w nim bardzo dużą ilość śmieci. Mieszkanie kilkakrotnie przechodziło dezynsekcję. Po niezbędnym remoncie będzie ono przeznaczone do ponownego zasiedlenia” — potwierdza “Faktowi” biuro prasowe Urzędu Miejskiego Wrocławia.
Jak opisują nam bliscy pana Stanisława, ich krewny nie pozwalał im posprzątać ani wyrzucić niczego z mieszkania. — Zostaw to, to się Halince przyda, tak mówił — relacjonuje nasz rozmówca.
Gdy zapytaliśmy o to panią Halinę, powiedziała, że to jeden z krewnych pana Stanisława znosił do ich mieszkania różne rzeczy i nie pozwalał się ich pozbyć. Ostatni raz miał mieszkać z nimi mniej więcej 20 lat temu.
Pani Halina przyznaje, że jej relacje z rodziną partnera zawsze były napięte i niechętnie wraca wspomnieniami do tego czasu. Zapewnia, że — wbrew ich relacji — opiekowała się panem Stanisławem w chorobie. — Oni mnie wyrzucili — powtarza pani Halina.
Z informacji, jakie przekazało nam biuro prasowe wrocławskiego magistratu, pan Stanisław zajmował mieszkanie komunalne bezumownie i gmina starała się o eksmisję. “Sąd oddalił powództwo” — przekazał nam Urząd Miejski Wrocławia. Niedługo potem pan Stanisław zmarł. Jak ustaliliśmy, mieszkanie miało być zadłużone.
— Przecież jak ja do niego przyszłam, to ani zadłużenia nie miał, ani nic — mówi reporterom “Faktu” pani Halina. Twierdzi, że nigdy nie było sytuacji, jakie opisywali nam jej dawni sąsiedzi. Zapewnia też, że nigdy nie miała problemów z alkoholem. — Nie wiem, dlaczego sąsiedzi mogą tak mówić. Nie umiem tego wytłumaczyć — odpowiada, wzruszając ramionami.
— My nie dostaliśmy w zgłoszeniu żadnej informacji o alkoholu — podkreśla pani Kasia, wolontariuszka Ekostraży. Z relacji mieszkańców bloku, gdzie koczowała pani Halina — kilka bloków dalej od dawnego adresu — także nic takiego nie wynikało. — Na pytania wprost, czy ta pani pije, odpowiadali: nie, ona tu tylko siedzi — mówi nam pani Kasia. Jak dodaje, od czasu interwencji, pani Halina cały czas jest trzeźwa, a nawet rzuciła palenie. Nie zaobserwowała u niej także symptomów, które mogłyby sugerować zbieractwo.
Pani Halina dostała drugą szansę. “Chcę ją wykorzystać”
Po interwencji Ekostraży pani Halina trafiła pod opiekę Towarzystwa im. św. brata Alberta, ale pod koniec stycznia, wraz z kotem Psotkiem, wprowadziła się do nowego lokum. Dostała też pracę, na razie na okres próbny, ale zarówno ona, jak i pani Kasią są dobrej myśli. Jak mówi nam pani Halina, nowe zajęcie jej się podoba tak samo, jak i mieszkanie. — Będzie wynajmowane dotąd, aż się skończą środki. Potem będziemy myśleć, co dalej — tłumaczy pani Kasia.
Zbiórka zainicjowana przez Team Litewki została zamknięta na kwocie prawie 300 tys. zł. Środki powinny wystarczyć więc na kilka dobrych lat. “Fakt” próbował skontaktować się w tej sprawie z posłem Łukaszem Litewką i jego zespołem, ale do czasu publikacji materiału nam się to nie udało.
— Pani Halina na razie musi zaadaptować się do nowej sytuacji, przyzwyczaić do nowego mieszkania, do nowej pracy. Na razie będzie płaciła tylko za rachunki, to nie jest duża kwota, a potem stopniowo będzie dostawała nowe obowiązki. Będzie się wdrażała do takiego samodzielnego życia — wyjaśnia pani Kasia, wolontariuszka Ekostraży.
Jak udało nam się dowiedzieć, gdy pani Halina zaczęła koczować na klatce schodowej, straż miejska kilkukrotnie się tam pojawiała, aby zaoferować jej pomoc — Tak było, ale odmawiałam. Przyznam się bez bicia — mówi nam pani Halina. Jak przyznaje, sama nie wie dlaczego. — Potem Kasia się napatoczyła. Ja cię nie zostawię, mówi. Tego kota wzięła, a ciebie, mówi, nie zostawię — wspomina pani Halina.
— To mnie też tak uderzyło, że osoba, która sama ma duży problem, bo jest bez mieszkania, dobrze dba o swoje zwierzę. Kot był bardzo zadbany, zdrowy, pani miała mnóstwo jedzenia dla niego — wspomina pani Kasia. To sprawiło, że postanowiła mocniej zaangażować się w pomoc dla pani Haliny.
Czy pani Halina chce wykorzystać tę szansę? — Oczywiście — odpowiada reporterom “Faktu” pani Halina, a w jej oczach pojawiają się łzy.
— Życzę pani Halinie wytrwałości i tego, żeby ta praca się utrzymała, i żeby mieszkanie było, a my będziemy pomagać i wspierać — podsumowuje pani Kasia.
Od trzech lat nie może wejść do własnego domu. Sprawa jest absurdalna. Pani Joanna będzie oskarżona








