Fotoreporter Paweł F. Matysiak o piekle Buczy. „To zmienia wszystko”
Obrazy są równie straszne, jak zapachy. Te drugie czasami są nawet gorsze. Zdjęcia można schować, próbować zapomnieć. Zapachów nie da się wyrzucić z pamięci. Wracają w najmniej oczekiwanych momentach. Najgorsza była ta słodkawa woń koło cerkwi. Tak pachnie zło.
Jednego dnia robił zdjęcia na plaży, gdzie roześmiani ludzie rozpoczynali wakacje. Innym razem w nocy jechał robić reportaż o brutalnym zabójstwie całej rodziny. Przez wiele godzin stał pod domem, w którym doszło do tragedii, by dopiero rano zrobić zdjęcia czarnych worków wynoszonych przez pracowników zakładu pogrzebowego. Zapamiętał też tragedię rodziny, która szykowała się na zimowy wyjazd na narty. Wsiadali do autobusu przed kościołem, gdy rozpędzone auto wjechało w 10-letniego, młodszego syna. Te historie zostały w pamięci na dłużej, ale trzeba je było odsunąć, gdy kończyła się praca. Paweł zawsze potrafił to robić.
Przychodzą kolejne zlecenia, następne historie, które trzeba fotografować. Za każdym razem aparat działa jak filtr emocji.
— To tylko praca. Trzeba po niej wrócić do domu, zawieźć synów na trening, zrobić zakupy, ugotować — opowiada fotoreporter. — Wydawało mi się, że potrafię się dobrze bronić przed takimi historiami. Zostawiałem je przed drzwiami.
A potem przyszedł luty 2022 roku.
To tylko przedsionek zła
Na granicy w Przemyślu czeka na uciekinierów ciepła herbata, koce i wolontariusze, którzy pomagają załatwić noclegi, transport, dokumenty. W hali dworca w Przemyślu tłok, na podłogach materace i śpiwory. Na zewnątrz ktoś zrobił prowizoryczny plac zabaw. Jest mała zjeżdżalnia, kredki i kolorowanki na plastikowym stoliku. Dzieci beztrosko się bawią. Słychać śmiech. Robią zabawne miny, pozują do zdjęć. Wiele z nich jest po raz pierwszy w Polsce. Dla nich to trochę jak wycieczka.
— Byłem poruszony widokiem kobiety w zielonym płaszczu, z małym dzieckiem na ręku, która żegnała się z mężem. Nie chciała iść sama. On lekko ją popychał. W końcu ruszyła powoli. Kilka razy oglądała się za siebie. Po chwili zajęli się nią wolontariusze — opowiada Paweł. — Wtedy wydawało mi się, że że nic gorszego już nie mogę zobaczyć.
Następnego dnia robił już kolejny materiał o uchodźcach. Zdjęcia z hali, w której Ukraińcy zostali zakwaterowani na długie tygodnie. Toczyło się tam w miarę normalne i uporządkowane życie. Dzieci biegały, kobiety rozmawiały przy kawie siedząc przy długich stołach.
Kolejne zlecenie nie jest takie, jak poprzednie.
Ukraina w ogniu wojny przerażała
Gazeta wyposaża go w hełm, kamizelkę kuloodporną, zapasowy kanister z benzyną, telefon satelitarny, lokalizator GPS i służbowy samochód. Przed wyjazdem przechodzi szkolenie z bezpieczeństwa. To wyprawa na wojnę, a jednak wtedy czuł głównie adrenalinę i ciekawość.
“Ahoj przygodo” — rzucił przed wyjazdem do kolegów. “Przygoda” szybko się kończy. Przejazd przez granicę z Ukrainą zajął wiele godzin. Ogromne korki, nerwowa atmosfera. Krajobraz za oknem samochodu coraz bardziej się zmieniał. Mijali kolejne zniszczone domy, rozprute przez wybuchy drogi, którymi jeszcze niedawno ludzie jeździli po zakupy albo do pracy. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział.
Nagle musieli zmieniać trasę. Most, po którym mieli przejechać, został wysadzony.
Ten słodkawy zapach śmierci
Dotarli do Buczy leżącej ok. 900 km od Warszawy. Przed wojną była jednym z wielu podkijowskich miast. Mieszkało tu niespełna 40 tys. ludzi. Powstawały nowe osiedla, działały szkoły, sklepy, co rano odjeżdżały pociągi do Kijowa. Miasto nie miało szczególnego znaczenia poza położeniem — leżało na trasie prowadzącej do stolicy. Kiedy rosyjskie wojska ruszyły na Kijów, Bucza miała pecha: znalazła się na ich drodze.
Po miesięcznej okupacji wojska ukraińskie zastały tam piekło.
Kiedy Paweł z kolegą reporterem dotarli do Buczy, uderzył ich obraz rozkopanych dołów, z których wyciągane były ciała zamordowanych cywilów. Wśród dużych, czarnych worków, są też małe. W nich zwłoki dzieci. Rosjanie zakopali pomordowanych ludzi na placu przed cerkwią. Na jej szczycie lśniły wciąż złote kopuły. Symbol dawnej świetności. Teraz stanowiły kontrast dla tego, co działo się na dole. W oddali ładne, nowe bloki, w których jeszcze nie tak dawno toczyło się normalne życie.
Paweł naciskał migawkę aparatu. Na jednym ze zdjęć załamany strażak. Siedział na gruzach. Na jego twarzy malowała się tak ogromna rozpacz i bezradność, że tylko zdjęcie jest w stanie oddać siłę emocji. Trudno znaleźć słowa, by opisać go tak, by nie umniejszyć, nie zbanalizować jego cierpienia.
— Chwilę wcześniej był w zniszczonym budynku. Znalazł ciała ludzi uwięzionych w piwnicach. Wiedział, że można ich było uratować, gdyby tylko Rosjanie na to pozwolili. Ale oni mordowali i pozwalali umierać, nie dając dojść ratownikom do rannych. Aż w końcu było za późno — opowiada Paweł.
Pokazuje kolejne fotografie. Strażacy z wielkim namaszczeniem wybierają z ziemi i gruzów, kosteczka po kosteczce to, co zostało z mieszkańców Buczy. Plac zabaw zamieniony w stanowisko moździerzowe. Sprzedawczyni na straganie ze zdjęciami swoich synów poległych na wojnie. Młoda kobieta ze Lwowa, która na ulicy odebrała telefon z informacją, że ktoś jej bliski zginął na wojnie. Jej twarz będzie jeszcze długo go prześladowała.
Zapachy jeszcze gorsze niż fotografie
Patrzy na fotografie, ale opowiada o zapachach.
— Naraz zgnilizna i spalenizna. Mocno wdzierały się w nozdrza i drażniły tak mocno, że do oczu napływały łzy — wspomina. — To zapachy najmocniej uświadamiały, co się tam naprawdę dzieje.
Tak Paweł zapamiętał pierwsze dni w Buczy. Kiedy rosyjskie wojska wycofały się z okolic stolicy, zaczęto odkrywać ciała cywilów, leżące na ulicach, w przydomowych ogródkach, w prowizorycznych mogiłach. W samej Buczy odnaleziono blisko 300 zabitych: mężczyzn, kobiety, dzieci. Część ofiar miała ręce związane z tyłu, wielu zastrzelono z bliskiej odległości, strzałem w głowę.
To nie były ofiary walk ani przypadkowych ostrzałów. Tu doszło do egzekucji ludności cywilnej. Proboszcz cerkwi św. Andrzeja opowiadał przyjeżdżąjącym reporterom, że to, co działo się w Buczy “było polowaniem, safari na ludzi. To była zemsta za piękne życie mieszkańców Buczy”.
Przeżył rzeź Buczy. Widział potworne rzeczy
— To, co tam zobaczyłem wciąż tkwi w mojej pamięci, nie jestem w stanie zapomnieć tych obrazów, ludzi w czarnych workach wykopywanych z płytkich grobów, identyfikacji ofiar, rozpaczy bliskich, szlochów i bólu na twarzach tych, którzy ocaleli — mówi Paweł. Zapachów nie da się sfotografować, ale za każdym razem, gdy ogląda fotografie znów czuje je wyraźnie. To one najsilniej utkwiły Pawłowi w pamięci.
Normalność zamienili w wielkie cmentarzysko
Na cmentarzysku uderzył go jeszcze inny zapach.
— Słodkawy zapach rozkładających się ciał — wspomina. — Nie da się go pomylić z niczym innym. Do dziś, gdy słyszę słowo Bucza, wraca ten zapach. Zapach śmierci. Zapach okrucieństwa.
Był świadkiem ekshumacji. Widział równo poukładane ciała na dnie dołów.
— Pewnie po to, żeby zmieściło się ich jak najwięcej — mówi.
Pochowane były płytko, na głębokości zaledwie 1,5 metra.
Jeden moment wstrząsa nim do dziś. Ludzie w ochronnych skafandrach wyjmowali z dołów ciała małych dzieci.
— Wtedy coś we mnie pękło. Jeszcze robiłem jakieś zdjęcia, z poczucia obowiązku naciskałem migawkę,
Stanęli mu przed oczami dwaj synowie. Nie wytrzymał. Opuścił aparat. Odwrócił wzrok.
Paweł milknie, nie chce dalej opowiadać.
— Nie tylko ja, wszyscy, reporterzy i fotoreporterzy znosiliśmy to bardzo źle — ucina nagle temat.
Wojna zmienia wszystko
Paweł jest przekonany, że nigdy nie zapomni tego, co zobaczył w Ukrainie. Nie zapomni Buczy, Borodzianki, Makarowa, Buzowy czy Andriejewki. Nie wymaże z pamięci ekshumacji ani rozpaczy tych, którzy stracili najbliższych.
— Nie ma już wojen ideowych. To wszystko jest biznes i chore ambicje jednego człowieczka. Władimir Putin siedzi w cieple w swojej rezydencji, a tam giną po obu stronach tysiące ludzi. Gdy widzi się te ciała, te dramaty ludzkie, człowiek zadaje sobie ze zdwojoną siłą pytanie, po co to wszystko? Po co ta wojna? — mówi przerzucając kolejne zdjęcia. — Zakładaliśmy, że tyle lat minęło od II wojny światowej, że koszmar tamtych czasów, obozów koncentracyjnych już nie wróci. A jednak wrócił — dodaje.
Na dobre wkraczamy w świat Trumpa i Putina. Wielkie mocarstwa nie proszą już o zgodę
Jest przekonany, że nawet gdy ta wojna się skończy, życie nie wróci do normalności, a na pewno nie tak szybko. Trzeba będzie ten świat posklejać na nowo. I to zarówno emocjonalnie, jak i w sensie dosłownym, bo Rosjanie niszczą na swojej drodze wszystko.
— Widziałem splądrowane i zniszczone sklepy. To, czego Rosjanie nie mogli zabrać ze sobą, równali z ziemią — opowiada Paweł tuż po 4. rocznicy wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie.
Zanim poznał ją z bliska, Pawłowi wydawało się, że widział więcej zła niż większość ludzi. Ale prawdziwe zło zobaczył dopiero w Buczy. A właściwie poczuł je głęboko w nozdrzach.
Kiedy wraca do tych zdjęć i do tamtych dni, wraca też zapach. Przypomina grozę, ale jednocześnie uświadamia Pawłowi, za co powinien być wdzięczny.
Jego synowie mogą chodzić do szkoły, spać we własnych łóżkach, budzić się w bezpiecznym domu. Nie musi się bać, że spadnie na nich bomba, że ktoś wyciągnie karabin, że będą musieli uciekać, zostawiając za sobą świat, który znają.
— To zmienia wszystko — mówi i milknie. Nie ma więcej słów.








