dług, praca w więzieniu i kulisy życia za kratami
Aby kara była dla niej dotkliwa, sąd obciążył ją kosztami nieuzasadnionego powiadomienia służb w sprawie rzekomego porywacza — łącznie na kwotę ponad 113 tys. zł. Przez ponad dekadę odbywania kary Katarzyna W. praktycznie nie pracowała za kratami. Dopiero w 2024 r. na konto komornika zaczęły wpływać pieniądze — łącznie zaledwie 5,7 tys. zł, co daje niecałe 240 zł miesięcznie.
— To minimum, które komornik pobiera z jej wynagrodzenia. Nie tak ma przebiegać wykonanie kary. Skazana ma coś dać od siebie społeczeństwu, a z tego wynika, że realnie nie dała ani złotówki. Posunęła się do perfidnej i wyrachowanej zbrodni, musi za to zapłacić — mówi “Faktowi” osoba znająca kulisy sprawy, zajmująca się pracą ze skazanymi.
Dlaczego więc dług wciąż rośnie, a praca pojawiła się dopiero teraz? I czy to element chłodnej kalkulacji przed walką o wcześniejsze wyjście na wolność?
Matka Madzi i dług, który nadal rośnie
Madzia z Sosnowca żyła zaledwie sześć miesięcy. Jej matka, Katarzyna W., nie chciała dziecka — pisała o tym w swoim pamiętniku. 24 stycznia 2012 r. zrealizowała plan, który wcześniej zapisała. Doprowadziła do śmierci córki, a jej ciało ukryła w parku, w miejscu przygotowanym dzień wcześniej. Następnie, z pustym wózkiem, pojechała do rodziców i opowiedziała historię o rzekomym porwaniu dziewczynki.
Przez kolejne dni cała Polska żyła poszukiwaniami dziecka. Katarzyna W. w tym czasie próbowała rozpocząć nowy etap życia. Gdy śledczy zaczęli podważać istnienie porywacza, przed kamerami przedstawiła inną wersję wydarzeń — twierdząc, że Madzia wypadła jej z rąk. Było to kolejne kłamstwo.
W 2013 r. została skazana na 25 lat więzienia za zabójstwo, z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 20 latach. Sąd obciążył ją również kosztami sądowymi w wysokości 113 tys. zł. Zobowiązania te powinna spłacić, pracując w zakładzie karnym lub z własnych środków. Tymczasem czasu ubywa, a dług — zamiast maleć — nadal rośnie.
Matka Madzi z Sosnowca wzięła się do pracy
Katarzyna W. przebywa obecnie w zakładzie karnym w Lublińcu. Matka Madzi zmieniła niedawno nazwisko. Jest teraz Katarzyną K. Jej gigantyczny dług świadczy o tym, że przez lata nic nie robiła za kratami, by spłacić zadłużenie. “Fakt” zapytał ekspertów, czy w zakładach karnych nie ma pracy dla skazanych?
Sytuacja na rynku pracy w zakładach karnych w ostatnich latach uległa istotnej zmianie. Jak podkreślają eksperci, problem masowego bezrobocia wśród osadzonych został w dużej mierze rozwiązany wraz z wdrożeniem rządowego programu “Praca dla więźniów”.
— Do 2016 r. na terenie zakładów karnych owszem było ogromne bezrobocie. To się zmieniło, gdy PiS wprowadził program “Praca dla więźniów”. W efekcie po kilkunastu latach realizacji tego programu nie ma bezrobocia w zakładach karnych. Zaledwie kilkuprocentowe bezrobocie, to brak bezrobocia, czyli tzw. bezrobocie fluktuacyjne, wynikające z poszukiwania lepszej pracy i innych sytuacji życiowych. Praca jest dla każdego, choć nie zawsze zarobkowa. W pierwszej kolejności do pracy płatnej kierowane są osoby, na których ciąży obowiązek alimentacyjny czy też zasądzone mają inne zobowiązania przez sąd — stwierdza prof. Maciej Bernasiewicz z Uniwersytetu Śląskiego, specjalista pedagogiki resocjalizacyjnej, przestępczości i demoralizacji wśród młodzieży i dorosłych.
Dodaje, że Sąd Najwyższy przesądził, iż skazani powinni być zatrudniani na takich samych zasadach jak pracownicy otrzymujący płacę minimalną, a nie za dowolne, znacznie niższe stawki. Praca zarobkowa w zakładach karnych ma jednak charakter dobrowolny i wymaga zgody osadzonego. Wielu skazanych kalkuluje, czy podjęcie pracy w ogóle im się opłaca, bo znacząca część wynagrodzenia trafia na różnego rodzaju fundusze, a nie bezpośrednio na ich konto. Część osadzonych uznaje więc, że praca im się nie opłaca, inni próbują ukrywać dochody, by uniknąć spłacania zasądzonych zobowiązań. W efekcie po wyjściu na wolność opuszczają zakład karny z ogromnym długiem.
— To jeden z poważnych problemów Służby Więziennej. Byłym skazanym trudno wrócić do normalnego życia, bo w więzieniu dostawali wszystko na gotowe. Na wolności nikt im nic nie da i trudno im się odnaleźć w nowej sytuacji — zauważa prof. Bernasiewicz.
Ekspert przyznaje, że nie potrafi przewidzieć, jak potoczą się dalsze losy Katarzyny W. Nie wyklucza, że może podążyć tą samą drogą co wielu innych skazanych, którzy po opuszczeniu więzienia nie radzą sobie z rzeczywistością na wolności.
Katarzyna W. pracuje na własne konto. Pracownik Służby Więziennej zdradza szczegóły
Jeszcze w 2024 r. Katarzyna W. miała do spłaty 145 tys. 406 zł. Z aktualnych danych przekazanych przez Sąd Okręgowy w Katowicach wynika, że dziś jej zadłużenie wynosi 139 tys. 647 zł i 82 gr. Oznacza to, że przez dwa lata spłaciła zaledwie nieco ponad 5,7 tys. zł, co w przeliczeniu daje miesięczne wpłaty na poziomie niespełna 240 zł.
— Skazany musi od siebie dać zadośćuczynienie finansowe, a nie tylko minimum, które mu państwo niejako stwarza i daje możliwości zarobkowe w zakładzie karnym — ocenia pracownik Służby Więziennej, który chce pozostać anonimowy. — Znam skazanych, którzy tak jak ona przebywają w więzieniu po 25 lat i mają na koncie po 100 tys. zł. Są w stanie tyle odłożyć, bo pracują przez cały okres odbywania kary. Nie można mówić o tym, że w więzieniu nie ma pracy — wyjaśnia jeden z pracowników zakładu karnego w województwie śląskim, który na co dzień jest wychowawcą. — Katarzyna W. po prostu odkłada sobie wszystko na prywatne konto. Matce Madzi nie zależy na tym, by jej dług się zmniejszył — uważa.
Zauważa, że w wielu przypadkach podjęcie pracy przez skazanych ma przede wszystkim pokazać przed sądem, iż proces resocjalizacji zakończył się powodzeniem, a osadzony zasługuje na warunkowe przedterminowe zwolnienie. W działaniach Katarzyny W. dostrzega chłodną kalkulację. — Praca jest jednym z elementów, które sąd rozważa, gdy osoba skazana ubiega się o wcześniejsze zwolnienie z kary. Ponadto podczas odbywania kary, praca przynosi skazanemu bonusy w postaci dłuższego widzenia, dłuższych rozmów telefonicznych. Wszystko, co robi Katarzyna W., jest skalkulowane na własne korzyści, by jak najmniejszym kosztem zyskać jak najwięcej dla siebie. Liczę, że w przyszłości sąd odpowiednio to oceni — zauważa nasz rozmówca.
Zgodnie z obowiązującymi przepisami wynagrodzenie skazanego jest proporcjonalnie dzielone na kilka obowiązkowych potrąceń. Przy pełnym etacie nawet do 40 proc. pensji może zostać zajęte przez komornika. Z pozostałej kwoty 50 proc., jednak nie więcej niż 4 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, trafia na specjalne konto oszczędnościowe skazanego. Tak zgromadzone środki, tzw. żelazna kasa, wypłacane są w momencie opuszczenia zakładu karnego. Maksymalna kwota, jaką skazany może zgromadzić na tym koncie, wynosi 4,6 tys. zł. Dodatkowo z wynagrodzenia potrącane są podatki oraz składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne.
— Skazani, by uniknąć zajęć komorniczych, często wpłacają pieniądze na konto rodziny i tam mogą mieć zgromadzone znacznie większe środki na przyszłość niż te w tzw. żelaznej kasie. Co dzisiaj można zrobić za 4,6 tys. zł, wychodząc z zakładu karnego bez pracy i dachu nad głową? Można tylko udać się do noclegowni — zauważa funkcjonariusz Służby Więziennej zatrudniony w jednostce na Śląsku.
Oszukiwała męża. Udawała, że jest studentką psychologii i potrzebuje na czesne
To nie pierwszy raz, gdy Katarzyna W. żyje na czyjś koszt. Tuż po rozwodzie w 2013 r. wyszło na jaw, że nie tylko pobierała pieniądze od męża i nie płaciła rachunków, lecz także oszukiwała teściów, twierdząc, że studiuje i potrzebuje środków na czesne. Opowiadała rodzinie, że jest studentką psychologii, choć nie wiadomo, gdzie w tym czasie przebywała – na pewno nie na uczelni. Nie przyznała się nawet mężowi, że nie ma matury. Jej byli teściowie wspominali o tym zachowaniu po latach. Długi Katarzyny spłacał jej były mąż, który w konsekwencji m.in. wyemigrował do pracy w Anglii, by jak najszybciej uregulować zobowiązania wynikające z nieudanego małżeństwa, które zakończyło się tragicznie zabójstwem Madzi.
“Niech Bóg odpuści grzechy tej matce”. 12 lat od tragicznej śmierci małej Madzi z Sosnowca
Matka Madzi już się przygotowuje. “Nie odpuszczą jej. Tylko tam będzie bezpieczna”








