Zwrot w sprawie właściciela schroniska w Sobolewie. Grozi mu surowsza kara
Po raz pierwszy wokół schroniska Happy Dog zrobiło się głośno na przełomie 2017 i 2018 r. Wśród zarzutów pojawiły się informacje o dręczeniu psów i kotów, głodzeniu, zaniedbaniach w zakresie sterylizacji i kastracji oraz niedostatecznej opiece weterynaryjnej.
Wolontariusze zwracali również uwagę na zbyt małą liczbę pracowników zajmujących się zwierzętami. — W pewnym momencie na miejscu żyło ponad 300 psów i trzymano je w klatkach na króliki. Zatrudniony do opieki mężczyzna miał poważne problemy z alkoholem. Ciągle znajdowałyśmy puszki po piwie. Był to bezdomny ściągnięty z Monaru — mówi nam Karolina Pawelczyk-Dróżdż, która doprowadziła do tego, że właściciel azylu zasiadł na ławie oskarżonych.
Dodatkowe kontrowersje budziła kwestia tzw. kwarantanny, określanej przez wolontariuszy mianem “umieralni”. To miejsce, do którego trafiają zwierzęta po odłowieniu na 14 dni. Według osób zaangażowanych w sprawę psy miały przebywać tam znacznie dłużej. Nawet przez kilka miesięcy. Ponadto schronisko wprowadziło regulamin zakazujący fotografowania i nagrywania filmów na terenie placówki. Wolontariusze mogli wykonywać zdjęcia jedynie podczas spacerów poza schroniskiem lub przed jego budynkiem.
Doda nagłośniła piekło w schronisku Happy Dog. Premier Donald Tusk zamknął azyl
Właściciel schroniska Marian D. zapewniał jednak, że warunki w azylu są odpowiednie. — Moim zdaniem są naprawdę dobre. Myślę, że nie mam się czego wstydzić — komentował, stanowczo, odpierając zarzuty, określając je jako pomówienie. Do sprawy odniósł się wówczas Powiatowy Lekarz Weterynarii Andrzej Koryś, który podkreślił, że wyniki kontroli w schronisku były bardzo dobre. Urzędnik piastował to stanowisko 21 lat i odszedł na emeryturę dwa dni po wybuchu afery w Sobolewie.
Jednak Fundacja Złap Dom zdecydowała się na podjęcie kroków prawnych. W lutym 2018 r. do prokuratury w Garwolinie trafiło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Śledztwo zostało początkowo umorzone, jednak wznowiono je pół roku później. Właścicielowi schroniska postawiono zarzuty znęcania się nad zwierzętami (art. 35 ust. 1a Ustawy o ochronie zwierząt) i ruszył proces, który trwa już od sześciu lat.
W tym czasie Marian D. — mimo zarzutów — zarabiał na prowadzeniu schroniska. Miał podpisaną umowę z 30 gminami, co miesiąc otrzymywał środki na każdego psa (około 1,5 tys. zł), a za dzierżawę ogromnego terenu płacił gminie zaledwie 500 zł.
— Wszystkie gminy wiedziały, co się tutaj dzieje. Fundacja Złap Dom i Straż Ochrony Zwierząt regularnie apelowały o kontrole, informowały o wysokiej śmiertelności zwierząt. Często jednak wizytacje nie wykazywały nieprawidłowości lub sprawa była pomijana — mówi nam z kolei Aleksandra Pyza, wolontariuszka, która po raz pierwszy do schroniska trafiła w 2016 r.
A jak naprawdę wygląda życie psów w Happy Dog, opinia publiczna dowiedziała się dopiero, gdy sprawę patoschroniska nagłośniła Doda. Dwa dni później, 24 stycznia 2026 r., do azylu wkroczyli aktywiści. Na miejscu zastali 246 psów i dwa koty. Zwierzęta nie miały żadnej ochrony przed mrozem, żyły w niezabudowanych betonowych boksach, w dziurawych budach. Niektóre z nich miały guzy, przepukliny i otwarte rany. Te, które widziała z bliska nasza reporterka, znajdowały się w skrajnej niedowadze. Ponadto przy boksach odkryto zakrwawione, drewniane pałki.
Jeszcze tego samego dnia premier Donald Tusk ogłosił zamknięcie schroniska.
Sąd otrzymał opinię biegłej weterynarii. Obrona zgłasza zastrzeżenia
Na ostatniej rozprawie 18 lutego Marian D. nie pojawił się w sądzie. Tego dnia odniesiono się do opinii biegłej, lekarza weterynarii, która ustosunkowała się do całego zgromadzonego materiału dowodowego. Ekspertka odpowiedziała na 66 pytań. Obrona stwierdziła, że opinia pozbawiona jest obiektywizmu i wykracza poza zakres postawionych pytań oraz zarzutów.
Sąd jednak nie zgodził na powołanie innego biegłego. — Sprawa ta budzi wiele emocji, dlatego sąd, dążył do tego, żeby biegła nie była powiązana z żadną ze stron i żeby w żaden sposób nie naraziła się na zarzut stronniczości. Nie uważam, żeby ta opinia była niejasna, niespójna i niekompletna — argumentowała sędzia Agata Brańska-Baran.
Afera w Sobolewie. Kara może być surowsza
Sąd poinformował również o możliwości zmiany kwalifikacji czynu wobec Mariana D. Zarzut “znęcania się nad zwierzętami” zostałby podniesiony do “znęcania się ze szczególnym okrucieństwem”. Oznaczałoby to zmianę kary z trzech do 5 lat pozbawienia wolności.
— Zmiana kwalifikacji jest dość mocna. Bardzo nas cieszy, że sąd podjął taką decyzję — ocenia Karolina Pawelczyk-Dróżdż, oskarżycielka posiłkowa. — Walczę o bezwzględne więzienie. Ten człowiek robił krzywdę zwierzętom przez osiem lat, z pełną premedytacją i za publiczne pieniądze — podkreśla.
W rozmowie z “Faktem” odniosła się też do tego, że obrona Mariana D. próbuje podważyć wiarygodność wolontariuszy, uważając, że nie mieli odpowiedniego wykształcenia. Dlatego nie powinni zabierać głosu. — Jest to dość zabawne, bo jestem technikiem weterynarii, a koleżanki, które ze mną przyjeżdżały do Sobolewa, co najmniej trzy, są lekarzami weterynarii — wyjaśnia Karolina Pawelczyk-Dróżdż.
Zobacz także: Ewakuacja zwierząt z Sobolewa. “Musieliśmy podpisać cyrograf”
/15
Fundacja “Złap dom” / Archiwum prywatne_omp_temp
2016 r. – psy trzymano w klatkach na króliki.
/15
Fundacja “Złap dom” / Archiwum prywatne_omp_temp
To zdjęcie również wykonano w 2016 r.








