Niemcy. 11-latek zginął na sankach ciągniętych przez auto. Wina kierowcy?
To miała być niewinna zimowa frajda, która przez tygodnie przyciągała dzieci z całej okolicy. Wystarczył jednak jeden zakręt, by plastikowa konstrukcja zamieniła się w śmiertelną pułapkę. Jak dokładnie doszło do tragedii? Czy kierowca przekroczył bezpieczną prędkość? I czy tej śmierci można było uniknąć? Śledczy analizują każdy metr śniegu i każdy element domowej konstrukcji. Kierowcy grozi do pięciu lat więzienia.
Zimowa atrakcja, którą znała cała wieś
Kuchelmiß to niewielka, licząca około 700 mieszkańców miejscowość. W tym roku wreszcie spadł śnieg — pierwszy prawdziwy od lat. Dla wielu dzieci największą zimową atrakcją stały się przejażdżki na specjalnie zbudowanych sankach, które 37-letni mieszkaniec wsi doczepiał do haka swojego Mercedesa Vito.
“Chciał uszczęśliwić dzieci” – powiedział gazecie “BILD” prastryj zmarłego 11-latka o sąsiedzie, który siedział za kierownicą furgonetki. Znał go dobrze. “Kierowca jest moim sąsiadem. Sam ma trójkę dzieci” – dodał.
Według relacji mieszkańców takie przejazdy odbywały się niemal w każdy zimowy weekend:
Zawsze robił to dla dzieci w weekendy tej zimy. Wszyscy w mieście o tym wiedzieli; to było jak wydarzenie. Jego własne dzieci też często tam bywały. Tym razem nie
Rodziny znały się i utrzymywały przyjacielskie relacje. Jak wspomina jeden z sąsiadów:
Dawno nie mieliśmy prawdziwej zimy. Jako dziecko, zjeżdżałem tu z górki na sankach przyczepionych do samochodu. Luci musiał się świetnie bawić, dopóki nie doszło do wypadku
Domowej roboty konstrukcja z plastikowych wanien
Sanki były konstrukcją własnej roboty. Składały się z dwóch dużych plastikowych wanien, prawdopodobnie wyciętych z pojemników na wodę. Wanny połączono paskiem, a całość przymocowano czarną liną do haka holowniczego Mercedesa Vito.
Na zdjęciach opublikowanych przez “BILD” widać dwie plastikowe “łodzie” połączone taśmą. To w jednej z nich siedział Lucas.
“To był kawałek twardego plastiku, wycięty z czegoś. Nie wiemy dokładnie, z czego” – powiedział rzecznik policji dziennikowi “Bild” po tragedii. “Sanie były przymocowane liną do haka holowniczego” – dodał.
Co wydarzyło się w niedzielę?
Do wypadku doszło w niedzielę około godziny 10.50 na polanie w pobliżu drogi między Seegrube a Alte Försterei, niedaleko Pojezierza Krakowskiego w Meklemburgii-Pomorzu Przednim.
W chwili zdarzenia w samochodzie – oprócz 37-letniego kierowcy – znajdowało się pięcioro dzieci w wieku od 3 do 12 lat oraz 38-letni mężczyzna. Troje dzieci należało do kierowcy, dwoje lekko rannych – do 38-letniego pasażera.
Na sankach jechali Lucas (11 l.), 13-letni chłopiec i 11-letnia dziewczynka.
Z relacji policji wynika, że kierowca jeździł w kółko po ośnieżonej polanie. Ślady na śniegu wskazują na wielokrotne okrążenia. Podczas jednego z zakrętów siła odśrodkowa mogła być tak duża, że jedna z plastikowych wanien została wyrzucona z toru jazdy. Sanki uderzyły czołowo w ścianę z bali.
Lucas doznał tak poważnych obrażeń, że zmarł na miejscu. Dwoje pozostałych dzieci odniosło lekkie obrażenia.
Ślady na śniegu i ekspert na miejscu
Droga była przez kilka godzin całkowicie zamknięta. Na miejsce wezwano biegłego, który analizował ślady opon, tor jazdy i konstrukcję sań. Plastikowe elementy zostały zabezpieczone i przewiezione na komisariat. Ślady na śniegu wciąż pokazują wyraźne łuki i miejsce, w którym sanie wypadły z toru. To tam zakończyła się zimowa zabawa.
37-letni kierowca trafił do szpitala. Według niemieckich mediów przebywa tam w stanie szoku.
“Musimy poczekać i zobaczyć”
Dzień po tragedii dziadkowie 11-latka przyjechali na miejsce wypadku. Złożyli bukiet róż i w milczeniu patrzyli na ślady opon w śniegu.
“Był jednym z naszych trojga wnucząt” – powiedzieli.
Zapytani, czy obwiniają kierowcę, odpowiedzieli: “Musimy poczekać i zobaczyć, co wykaże policyjne śledztwo”.
Wieczorem mieszkańcy zapalali znicze. Przy stosie drewna, o który uderzyły sanki, pojawiły się pluszowy miś, figurka Miniona i pluszowy pies.
Jakie konsekwencje grożą kierowcy?
Prokuratura prowadzi postępowanie w sprawie podejrzenia nieumyślnego spowodowania śmierci i uszkodzenia ciała. Arndt Kempgens (57 l.), prawnik specjalizujący się w prawie ruchu drogowego, powiedział dziennikowi BILD:
Z prawnego punktu widzenia jest to tragiczne i rażąco niedbałe. Takie śledztwa regularnie kończą się zarzutami nieumyślnego spowodowania śmierci. Prawo przewiduje za to karę pozbawienia wolności do pięciu lat. Wyrok w zawieszeniu na okres dłuższy niż dwa lata nie jest już możliwy. Sąd zazwyczaj orzeka wówczas zakaz prowadzenia pojazdów – w tak rażących przypadkach prawdopodobnie od dwóch do pięciu lat bez prawa jazdy
Śledczy badają teraz każdy szczegół: prędkość pojazdu, tor jazdy, sposób przymocowania sań oraz to, czy kierowca mógł przewidzieć skutki swojej decyzji.
Artykuł powstał na podstawie tłumaczenia tekstu z serwisu Bild.de. Jego autorem jest Isabel Pfannkuche
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.








